
Netflix

Homse
Socialy

ARTIFICIAL IMAGES STUDIO
JEMIOL
REJ Productions
Kiedy design staje się uzależnieniem
Design był we mnie długo zanim nauczyłem się go nazywać. Zawsze ciągnęło mnie do rzeczy przemyślanych, nieprzypadkowych, pięknych. Ale to, co czułem, było rozproszone – bez struktury, bez języka, bez punktu odniesienia.
Dał mi to Sztokholm.
Pamiętam swój pierwszy lot. Lądowanie w Skavsta – małym lotnisku godzinę od centrum. I pierwsze, co uderzyło mnie po wyjściu z samolotu, to nie architektura, nie krajobraz.
Reklama Flygbussarna.
Plakat na ścianie terminalu. Prosty, czysty, pozbawiony zbędnych elementów. Obok ulotki złożone z równą, nieprzypadkową precyzją. Tabliczki informacyjne zaprojektowane tak, jakby ktoś naprawdę się nad nimi zastanowił. Nawet kosz na śmieci – taki, który w Polsce byłby metalowym wiadrem – tu był zaprojektowany. Wpisany w przestrzeń. Część całości.
To był moment, w którym zrozumiałem, czym jest design. Nie jako dyscyplina. Jako sposób myślenia.
W Skandynawii design nie jest ozdobą. Jest założeniem. Nie jest czymś, co dodaje się na końcu – jest warunkiem, od którego się zaczyna.
I widać to wszędzie. W przestrzeni miejskiej, w architekturze, w tym, jak ludzie się ubierają. Ale najbardziej – w markach, które stamtąd pochodzą.
ARKET i COS – minimalizm doprowadzony do perfekcji, gdzie każda kolekcja wygląda jak przemyślana całość, nie zbiór ubrań. Stora Bageriet – kawiarnia w Sztokholmie, której branding jest tak dobry, że zaczęła sprzedawać własny merch. Bo mogła. Bo ludzie chcą nosić jej logo. Stora Skuggan – perfumy, których opakowania wyglądają jak obiekty z galerii sztuki. Aarke – marka, która wzięła dzbanek do filtrowania wody i zrobiła z niego przedmiot, który chce się postawić na blacie i się nim chwalić. Steamery, gdzie nawet płyny do prania są zaprojektowane tak, jakby miały stanąć na wystawie.
To nie jest zbieżność. To kultura.
Miłość do designu w Szwecji nie jest czymś nabytym. Jest czymś odziedziczonym – przekazywanym pokoleniowo, wbudowanym w sposób, w jaki ludzie patrzą na świat. Tam nikt nie pyta "czy to konieczne" o rzecz dobrze zaprojektowaną. Tam ciężko spotkać prezesa w za małym garniturze, który śmieje się z "tych designerskich rzeczy." Estetyka jest rozumiana. Nie jako fanaberia – jako wartość.
Wróciłem z tej podróży innym człowiekiem. Nie dramatycznie – po cichu. Ale moje oko zaczęło widzieć więcej. I nie potrafiło już przestać.
To rodzaj uzależnienia bez odwrotu. Nie można odzwyczaić się od widzenia. Nie można przestać zauważać złej typografii na plakacie, niespójnej identyfikacji wizualnej w kawiarni, logo, które nie mówi nic – albo mówi coś złego. Mózg przetwarza to automatycznie. Cały czas. Wszędzie.
Design jest teraz obecny w każdym aspekcie mojego życia. W tym, co kupuję. Jak organizuję przestrzeń wokół siebie. Jakich rzeczy nie kupuję, bo są źle zaprojektowane – mimo że działają. Jakich miejsc unikam. Jakich estetyk nie dopuszczam do swojego otoczenia.
Brzmi jak obsesja? Być może. Ale to też jest filtr.
I ten filtr dotyczy również pracy.
Przy każdym nowym projekcie sprawdzam jedno: na ile klient rozumie, że dobry design ma znaczenie. Nie ozdobne znaczenie – strategiczne.
Jeśli podchodzą do tego z obojętnością, traktują design jako "coś do ustalenia na końcu," pytają ile "muszą kosztować te wszystkie projekty" – wiem jedno: nie dogadamy się.
Mówię to wprost. To nie arogancja. To oszczędność czasu – ich i mojego. Współpraca, w której jedna strona nie rozumie wartości tego, co robi druga, nie kończy się dobrze dla nikogo.
Design zmienił to, jak patrzę na świat. Sztokholm pokazał mi, że świat może wyglądać inaczej – że estetyka nie jest luksusem dla wybranych, tylko decyzją, którą można podjąć wszędzie. W każdym przedmiocie, każdej przestrzeni, każdym detalu.
I od tego momentu nie potrafię już patrzeć inaczej.

Maks Rybicki
Więcej artykułów
Kontakt
Najlepsze projekty zaczynają się od rozmowy.
Zacznij ją poniżej.
Detale mają znaczenie. Zwłaszcza te, których nie zauważasz.